ORP Orzeł

 

KAZIMIERZ LESKI

Podnoszone w 2002 roku bandery Marynarki Wojennej Rzeczypospolitej Polskiej na przekazywanych Polsce przez Królewską Marynarkę Wojenną Norwegii okrętach podwodnych typu "Kobben" i nadawanie im nazw poprzedników - min ORP "Sęp" - przywołuje w pamięci dawne dzieje, oraz związaną z tym historię tych pierwszych.

Pierwszy ORP "Sęp", trochę młodszy bliźniak słynnego ORP "Orzeł", najnowocześniejsze i najszybsze okręty podwodne z przed drugiej wojny światowej, to jedna z najpiękniejszych kart historii polskiej marynarki wojennej, oraz ludzi, zarówno tych w mundurach, jak i też specjalistów z przemysłu, a także społeczeństwa polskiego w całości.

Jednym z zasługujących na przypomnienie jest - dziś już nie żyjący - dr inż. Kazimierz Leski. Świadczy o tym uroczyście odsłonięta w Warszawie w dniu 20 czerwca 2002 r. tablica ku jego pamięci przy ul. Nowy Świat 2, na domu w którym się urodził. Na wstępie czytamy - "DR INŻ. PŁK PILOT KAZIMIERZ LESKI "BRADL" 1912-2000. WAWELBERCZYK. ABSOLWENT POLITECHNIKI W DELFT. KONSTRUKTOR I BUDOWNICZY OKRĘTÓW PODWODNYCH ORP "ORZEŁ" I "ORP" SĘP". Tak uczciło pamięć o nim Towarzystwo Przyjaciół Warszawy i władze M.st. Warszawa, za aktywną walkę z okupantem w szeregach Armii Krajowej i Powstaniu Warszawskim.

Dla Bractwa Okrętów Podwodnych jest to duża satysfakcja, że jego Członek Honorowy będzie również żył w pamięci Warszawiaków. Przypominając o nim, pragnę szerzej przedstawić w naszym marynarskim gronie jego sylwetkę.

Kazimierz Leski urodził się w Warszawie 21 czerwca 1912 roku w rodzinie o pięknych tradycjach niepodległościowych. Jego samodzielne życie i jak to sam podkreślał, w bardzo trudnych warunkach, zaczęło się dość wcześnie z rozpoczęciem studiów na Wydziale Mechanicznym w Państwowej Wyższej Szkole Budowy Maszyn i Elektrotechniki Wawelberga i Rotwanda w Warszawie. Jego ojciec Juliusz Leski, również inżynier i jednocześnie major artylerii, był zaraz po pierwszej wojnie światowej organizatorem w ramach przemysłu obronnego zakładów amunicyjnych "Pocisk" w Warszawie i Rembertowie, fabryki materiałów wybuchowych "Nitrad" i "Boryszew", oraz zalążka przyszłych Zakładów Lotniczych na Okęciu. Miał więc od najmłodszych lat wzór do naśladowania i przykład pasji tworzenia. Kłopoty materialne zaczęły się, gdy jego ojciec w czasie przewrotu majowego stanął, pomimo legionowego rodowodu, po stronie legalnego prezydenta RP. Bardzo szybko został później pozbawiony pracy, pracując początkowo dorywczo jako rzemieślnik - monter instalacji elektrycznych.

Aby móc studiować Kazimierz Leski rozpoczął równolegle pracę, najpierw w Głównych Warsztatach PKP w Warszawie na Pelcowiźnie w odlewni, a później w narzędziowni Zakładów Amunicyjnych "Pocisk" na Pradze, jako tokarz, szlifierz, a ostatecznie konstruktor oprzyrządowania. Jakby tego było mało, uczył się intensywnie języków angielskiego, niemieckiego i rosyjskiego, znajdując również czas na sport w klubach AZS, "Polonia" i "Orzeł", próbując swoich możliwości w tenisie, narciarstwie, boksie, kolarstwie i lekkoatletyce. Gdy po latach w 1998 r. był naszym gościem na obecnym ORP "Orzeł", stwierdziliśmy jego biegłą znajomość języka rosyjskiego. Wyjaśnił nam, że nauczył się go z konieczności, by móc korzystać z technicznej literatury w tym języku, bo była najtańsza i bardzo dobra, przeważnie tłumaczona z języków zachodnich.

Szkoła, studia, sport, praca zawodowa i jak to sam określił w swoich wspomnieniach: "raz ciężej, raz łatwiej - ciągle normalne życie".

Bezpośrednio po ukończeniu studiów u "Wawelberga", pan Kazimierz wyjechał na początku 1936 roku do Holandii, do pracy w centralnym holenderskim biurze konstrukcyjnym okrętów wojennych - Nederlandsche Veerenigde Scheepsbour Bureaux w Hadze /NVSB/ - początkowo jako kreślarz. Przyznaje w swoich wspomnieniach z humorem, że "ponieważ i ówcześnie cuda zdarzały się raczej rzadko i nie obejmowały dziedziny uzyskiwania pracy, dostałem się tam dzięki znajomościom mojego Ojca reprezentującego w Polsce holenderskie budownictwo okrętowe".

Bardzo szybko zaadoptował się w pracy dzięki dobrej znajomości języków: angielskiego, niemieckiego i z dzieciństwa francuskiego, oraz szybkiego opanowania holenderskiego. Kłopoty z dogadaniem się ze współpracownikami szybko odpadły, umożliwiając mu jednocześnie awansowanie pomimo, że był cudzoziemcem.

Rozpoczynając pracę w całkowicie nowej dziedzinie od razu podjął dokształcanie się w zakresie okrętownictwa, korzystając najpierw z pomocy doświadczonego konstruktora inż. Kerkhofa, - oczywiście odpłatnie - a później za jego namową na Wydziale Budowy Okrętów Politechniki w Delft, co znakomicie usprawniło zdobywanie niezbędnej wiedzy, ale zwiększyło kłopoty finansowe, bo politechnika ta była uczelnią drogą. I jak to dawniej w kraju musiał więc "pokręcić głową" i pomyśleć o sposobach podwyższenia swoich "zdolności płatniczych" , a ponieważ dobrze opanował język holenderski, zaczął zarabiać jako tłumacz, co zapewniło opłacanie studiów i nawet możliwość oszczędzania.

Wygranie przez Holendrów przetargu na budowę okrętów podwodnych dla Polskiej Marynarki Wojennej było dla nich ważnym wydarzeniem - stocznie nie miały wystarczających zamówień, powoli podnosiły się z kryzysu końca lat dwudziestych i początku trzydziestych, a niektóre jak np. stocznia De Schelde we Vlissingen - budująca ORP "Orzeł" - była właściwie jedynym żywicielem całych okolic.

Oferta holenderska zawierała najbardziej korzystne warunki budowy, uwzględniające polskie uwarunkowania. Zgodzono się, że ok. 85% kosztu budowy obu jednostek pokrytych zostanie polskim jęczmieniem browarnianym, a ponadto stocznie zobowiązały się sprowadzić z Polski niektóre materiały konstrukcyjne, oraz część urządzeń i wyposażenia.

Dla porównania - oferta stoczni angielskich była znacznie droższa i dodatkowo zawierała oświadczenie Admiralicji Brytyjskiej, iż nie jest możliwe osiągnięcie zawartej w polskich wymaganiach szybkości nawodnej 20 węzłów, którą jednak osiągnięto. Przewidywany koszt budowy jednej jednostki w ofercie angielskiej wynosił 10.221.000 zł., zaś w holenderskiej 9.359.000 zł i na dogodniejszych warunkach.

Umowę podpisano 29 stycznia 1936 r. w Hadze. W imieniu rządu polskiego dokument podpisał szef Kierownictwa Marynarki Wojennej, kadm. Jerzy Świrski, a w imieniu Zjednoczenia Stoczni Holenderskich dyrektor stoczni Koninklijke Maatschappij "De Schelde" inż. H.C. Wesseling. Całkowity czas budowy wraz z próbami odbiorczymi określono dla pierwszego okrętu na 30, dla drugiego - 33 miesiące.

Od samego początku - jeszcze przed projektowaniem naszych okrętów - Kazimierz Leski rozpoczął pracę w dziale okrętów podwodnych. Należało do niego umiejscawianie w projektach okrętów wytypowanych urządzeń i maszyn, wraz zaprojektowaniem i obliczeniami wytrzymałościowymi fundamentów i zawieszeń. Nie był on jedynym cudzoziemcem w zespole projektowym. Sekcję obliczeń wytrzymałości kadłubów prowadzili dwaj emigranci rosyjscy, inż. Warwarow i inż. Smirnow, głównym projektantem aparatów torpedowych był Węgier inż. Guhrauer, zaś instalacje wentylacyjne projektował Szkot inż. Scott. Szefem całego biura był Holender - inż. Ir Max Ferdinand Gunning, Którego pan Kazimierz bardzo serdecznie wspominał, i z którym utrzymywał kontakty przez długie lata.

Dość szybko dał się poznać jako twórczy konstruktor, opracowując min. nowe, zasadniczo inne niż dotychczas stosowane, elastyczne posadowienie szybkoobrotowych [20.000 obr./min.] dmuchaw powietrznych szasowania balastów, co usunęło źródło dość częstych i trudnych do naprawy ich awarii w morzu. Zostało to dobrze ocenione, a pan Kazimierz stał się samodzielnym konstruktorem w pionie maszynowym.

Po podpisaniu kontraktu opracowanie projektu technicznego - jednego dla obu okrętów - inż. Ir Gunning powierzył panu Kazimierzowi, jak sam skromnie wspomina, "prawdopodobnie nie tyle ze względu na jakość mojej pracy, ile przypuszczalnie , że jako Polakowi łatwiej mi będzie dogadać się z moimi rodakami". I faktycznie było to korzystne dla obu stron. Pomimo coraz bardziej napiętej sytuacji politycznej w Europie, destrukcyjnej działalności niemieckiego wywiadu /Niemcy mieli również w Hadze podobne biuro konstrukcyjne/, oba okręty zostały zbudowane, z niewielkim 5-cio miesięcznym poślizgiem.

Budowę ORP "Orzeł" rozpoczęto 14 sierpnia 1936 r. w stoczni "De Schelde". Jednym z trzech zastępców kierownika budowy pana Niemeiera został Kazimierz Leski, do którego kompetencji należały sprawy siłowni i wszystko co z tym związane.

15 stycznia 1938 r. aktu chrztu okrętu dokonał Ksiądz Hoffman, holenderski działacz polonijny, a matką chrzestną została żona generała Kazimierza Sosnkowskiego, Jadwiga. Rozkazem ministra spraw wojskowych okrętowi nadano nazwę "Orzeł", co miało symbolizować siłę bojową okrętu, a jednocześnie wielkość społecznych starań, dzięki którym został zbudowany. Ostatnia próba decydująca o przyjęciu okrętu odbyła się 26 stycznia 1939 r., przejęcie i podniesienie na nim polskiej bandery wojennej 2 lutego, a 4 lutego o godz. 10.00 "Orzeł" opuścił Vlissingen i udał się w drogę do kraju.

I od tego momentu zakończyła się przygoda Kazimierza Leskiego z budową okrętów podwodnych.

Już ten początkowy okres jego dorosłego życiorysu jakże jest frapujący. Ciągłe borykanie się z przeciwnościami, pasja zdobywania wiedzy, poznawanie języków obcych, ludzi, sport, talent i zmysł konstrukcyjny, stwarzały przed nim szerokie perspektywy rozwoju i sukcesów. Mógł zostać w Holandii, gdzie go doceniano i chciano i gdzie mógł osiągnąć wszystko w zawodzie okrętowca.

Jednak obowiązek wobec ojczyzny odbycia służby wojskowej, był dla niego wtedy najważniejszy. Zdążył jeszcze przed wojną ukończyć Szkołę Podchorążych Lotnictwa /rezerwy/ i zostać oficerem pilotem Wojska Polskiego.

Ż ycie niewłaściwie urozmaicone to tytuł książki płk. dr inż. Kazimierza Leskiego. Dzięki pierwszemu wydaniu tej publikacji w 1989 r., a w niej - krótkiej wzmiance, dowiedziałem się, że w latach 1936 - 1939 brał on udział w projektowaniu naszych "podwodnych bliźniaków", a następnie w budowie ORP "Orzeł".

Poznałem go osobiście w Warszawie, z czego był niezmiernie zadowolony, że Marynarka Wojenna o nim pamięta. Bractwo Okrętów Podwodnych po poznaniu szczegółów zareagowało spontanicznym przyznaniem panu dr inż. Kazimierzowi Leskiemu godności Honorowego Członka Bractwa i zaproszeniem go na ogólne zebranie. Uznano, że będzie to nasz wkład w 80-lecie Marynarki Wojennej RP, a dla pana Kazimierza usatysfakcjonowanie jego pracy i przywrócenie młodzieńczych wspomnień.

Bardzo wysoko ocenił naszą inicjatywę dowódca Marynarki Wojennej, admirał floty Ryszard Łukasik, przyznając naszemu gościowi kordzik oficerski z dedykacją, który został mu wręczony 21 listopada 1998 r. na Zgromadzeniu Ogólnym Bractwa Okrętów Podwodnych. Dziękując za tak zaszczytne wyróżnienie podkreślił, że jest to jego drugi kordzik - pierwszy to służbowa oznaka przynależności do lotnictwa, drugi to najmilszy dla niego dar serca Marynarki Wojennej, co podkreślił - złożeniem na nim pocałunku.

Praca przy okrętach podwodnych była dla Kazimierza Leskiego jednym z najmilszych okresów jego życia. Późniejsze, a szczególnie te "niewłaściwie urozmaicone" z okresu wojny i powojennych 10-ciu w więzieniu, były dramatem człowieka, którego głównym celem, była zawsze twórcza praca, co mu się jeszcze udało po 1955 roku. Można to wszystko znaleźć w jego pasjonującej książce.

Dr inż. płk Kazimierz Leski zmarł 27 maja 2000 roku i został pochowany z najwyższymi honorami państwowymi i wojskowymi, na Powązkach w Warszawie.

Bibliografia.

Kazimierz Leski-Życie Niewłaściwie Urozmaicone - W-wa 1995 r.

Czesław Rudzki-Polskie Okręty Podwodne W-wa 1985 r.

Rozmowa z Kazimierzem Leskim - W-wa 1997-99 r.

Styczeń 2003 r.

kmdr mgr inż. Stanisław Wielebski